PP – rozdział 2

PP – rozdział 2

You are currently viewing PP – rozdział 2

Lucek poczuł pierwszy płatek na policzku zanim zdążył podnieść wzrok.Zatrzymał się w pół kroku, świat nagle zwolnił. Płatek był zimny, delikatny, topił się na jego skórze zostawiając mokrą plamkę. Automatycznie wystawił dłoń – gołą, bo jak zawsze zapomniał rękawiczek – i kolejny płatek wylądował na jego nadgarstku. Był mały, idealnie symetryczny, sześcioramienna gwiazdka która istniała przez ułamek sekundy zanim stopniała i zniknęła.— O kurde — powiedział cicho Olek obok niego, głosem pełnym zachwytu.Lucek spojrzał w górę. Niebo było szare i ciężkie, brzemienna chmura rozciągająca się nad miastem jak pierzyna, i wypychająca z siebie śnieg – powolny, leniwy, płatki duże i puszyste jak w filmach dla dzieci. Powietrze pachniało zimą i czymś jeszcze, czymś co przypominało mu dzieciństwo – dom babci, ogród pełen jabłoni, ciepło piece kaflowego w kuchni.Nie myślał. Po prostu wystawił język, tak jak robił to zawsze, odkąd babcia pokazała mu tę sztuczkę. Pierwszy płatek złapany na język to szczęśliwa zima, mówiła swoim ciepłym, szorstkim głosem, pachnąc jabłkami i cynamonem. Lucek wierzył w to nawet teraz, w wieku dwudziestu jeden lat, stojąc przed biblioteką uniwersytecką w centrum miasta gdzie nikt nie wierzył już w takie rzeczy.Płatek wylądował na jego języku, zimny i idealny, topniejący natychmiast w kropelkę czystej wody. Lucek zamknął oczy, smakując ten moment, tę magię.— Nie wierzę.Otworzył oczy. Olek stał metr od niego z głową zadzartą do góry i szeroko otwartymi ustami, łapiąc płatki, śnieg osiadał na jego krótkich, ciemnych włosach, na ramionach kurtki, na rzęsach. Wyglądał jak dziecko – szczęśliwe, zachłanne, bez żadnej świadomości że ludzie przechodzący obok patrzą na nich ukradkiem.Lucek zachichotał, nie mogąc się powstrzymać. Dźwięk wyrwał mu się z piersi, ciepły i lekki.— Co robisz?— To samo co ty. — Olek złapał jeszcze jeden płatek i uśmiechnął się szeroko, tym swoim bezwarunkowym uśmiechem który sprawiał że Lucek zapominał jak się nazywa. — Pierwszy płatek na język. Szczęśliwa zima.Coś ciepłego rozprzestrzeniło się w klatce piersiowej Lucka, jak gorąca herbata wypijana zbyt szybko. Coś co nie miało nic wspólnego z zimnem wokół.— Skąd to znasz? — zapytał, starając się zachować normalny ton, jakby jego serce nie łomotało mu w piersi jak oszalałe.— Moja siostra. — Olek przymrużył oczy, próbując złapać kolejny płatek, jego język różowy i szybki. — Zawsze mnie zmuszała do tego jak byłem mały. Mówiła że jeśli nie złapię, to będę miał pecha przez całą zimę.— Moja babcia mówiła to samo. — Lucek wystawił język znowu, bo śnieg padał teraz gęściej, płatki wirował w powietrzu w chaotycznym tańcu. — Tylko u niej to było szczęście, nie unikanie pecha.— Optymistka.— Zawsze.Stali tak przez chwilę, łapiąc śnieg i śmiejąc się, a ludzie mijali ich obojętnymi spojrzeniami, spieszący do domów z opuszczonymi głowami i rękami wsuniętymi głęboko w kieszenie. Lucek czuł jak policzki piekł go od zimna i śmiechu, jak kręcone włosy przy uszach – te które nigdy nie chciały leżeć płasko – pokrywały się drobnymi płatkami, ciężkie i mokre. Wielka bluza opadła mu z jednego ramienia, odsłaniając obojczyk, i zimno natychmiast wbiło się w odsłoniętą skórę, ostre i nieprzyjemne.Olek patrzył na niego. Lucek to wiedział, choć nie odwracał wzroku od nieba. Czuł to spojrzenie na swojej skórze, ciepłe pomimo mrozu, ciężkie pomimo odległości między nimi.— Chodź — powiedział w końcu Olek, głosem cichszym niż powinien być. — Zamarzniesz.Lucek opuścił głowę. Olek stał bliżej niż przed chwilą – kiedy to się stało? – zielone oczy lekko przymrużone od śniegu, rzęsy mokre, policzki zarumienione. Uśmiech wciąż bawił się w kącikach jego ust, ale było w nim coś jeszcze, coś czego Lucek nie potrafił nazwać.— Idziemy do domu? — zapytał Lucek, a słowo „dom” zabrzmiało dziwnie w jego ustach, jakby znaczyło coś więcej niż powinno.— Tak. — Olek ruszył pierwszy, ale zwolnił po kilku krokach, czekając aż Lucek go dogoni. Nie spojrzał na niego, patrzył prosto przed siebie, ale jego ramię było tak blisko ramienia Lucka że prawie się dotykały. Prawie, ale nie całkiem. — Zrobimy coś ciepłego. Herbatę. Albo kakao.— Kakao — zgodził się Lucek, bo nagle chciało mu się czegoś słodkiego, czegoś ciepłego, czegoś domowego, czegoś co smakowałoby dzieciństwem i bezpieczeństwem.Szli obok siebie przez miasto które zmieniało się w zimowy obraz, obraz z książki z baśniami którą Lucek czytał jako dziecko. Śnieg padał coraz gęściej, wielkie płatki które wirował w powietrzu jak puch z poduszki, pokrywając chodniki i dachy i samochody zaparkowane przy krawężnikach. Dźwięki miasta tłumiły się, ginęły w białej ciszy – silniki samochodów brzmiały jak odległe pomruki, głosy ludzi jak szepty, świat stawał się miękki i spowalniał.Lucek wsunął ręce głęboko do kieszeni kurtki – materiał był cienki, niewystarczający na taką pogodę – ale wciąż czuł zimno na policzkach, na końcu nosa, w palcach które zaczynały drętwieć. Powinien był wziąć rękawiczki. Zawsze zapominał o rękawiczkach.— Jesteś zmarznięty — zauważył Olek, rzucając mu spojrzenie z ukosa.— Trochę.— Chcesz moją czapkę?Lucek spojrzał na niego zaskoczony. Olek miał na głowie szarą czapkę z pomponem, absurdalnie uroczą jak na kogoś kto większość czasu spędzał na siłowni podnosząc ciężary i biegając kilometry. Czapka była duża, ciepła, wyglądała na domowej roboty – może ta siostra ją zrobiła?— Nie pasuje mi — odpowiedział automatycznie, ale uśmiechnął się mimo woli.— Pasowałaby idealnie. — Olek zdjął czapkę, nie czekając na odpowiedź, i zanim Lucek zdążył zaprotestować, nałożył mu ją na głowę. Jego palce musnęły skronie Lucka, ciepłe i pewne, zostały tam na sekundę dłużej niż musiały. — Zobacz. Jak ulał.Lucek zamarł. Czuł ciepło czapki – wciąż gorącej od głowy Olka – otulające jego uszy i czoło. Czuł zapach wełny i czegoś jeszcze, czegoś co pachniało Olkiem. Czuł ślad palców na swoich skroniach, ciepły, świecący, jakby Olek zostawił tam znak.— Dziękuję — powiedział cicho, gardło miał ściśnięte.Olek tylko kiwnął głową i ruszyli dalej. Lucek dotknął czapki, poprawiając ją niepotrzebnie, czując wełnę pod palcami, szorstką i solidną i realną.

Dodaj komentarz