PP – rozdział 1

PP – rozdział 1

You are currently viewing PP – rozdział 1

Biblioteka wyglądała jak akwarium pełne zmęczonych studentów, które ktoś zapomniał wyłączyć na noc. Jarzeniówki brzęczały nad głowami monotonnym, denerwującym dźwiękiem, rzucając blade światło na stoły zastawione książkami o pożółkłych kartach i laptopami z zużytymi bateriami. Powietrze było ciężkie, zatęchłe, przesiąknięte zapachem starego papieru, rozpuszczalnej kawy i czyjegoś zbyt intensywnego dezodorantu. Gdzieś w rogu ktoś pił kawę z plastikowego kubka – Lucek słyszał ten charakterystyczny dźwięk przełykania, głośniejszy niż powinien być w miejscu gdzie wszyscy starali się zachowywać ciszę…


Poprawił notes po raz trzeci w ciągu minuty. Kartki szeleściły pod jego palcami, miękkie i lekko wilgotne od dotykania ich zbyt często. Starał się nie patrzeć na Olka, który siedział naprzeciwko i żuł końcówkę długopisu z taką koncentracją, jakby to był ostatni egzamin w jego życiu.
Tik, tik, tik – plastik trzaskał między zębami Olka, regularnie, rytmicznie. Lucek czuł jak ten dźwięk wbija mu się pod skórę, jak każde stuknięcie rezonuje gdzieś w jego piersi.


— Więc te enzymy — zaczął Olek, nie podnosząc wzroku — reagują wolniej w niższych temperaturach, tak?
Jego głos był niski, trochę ochrypły od zbyt długiego milczenia. Lucek lubił ten głos. Lubił go bardziej niż powinien.
— Tak. — Przesunął palcem po wykresie, który narysowali godzinę temu. Linia była nieregularna, bo jego ręka drżała kiedy ją kreślił, zbyt świadomy obecności Olka po drugiej stronie stołu. — Ale nie liniowo. Zobacz, tu jest punkt przegięcia.


Olek nachylił się nad stołem. Stół był mały, jeden z tych które biblioteka ustawiała pod ścianami dla par studentów pracujących nad projektami. Nagle jego twarz znalazła się kilkanaście centymetrów od twarzy Lucka, tak blisko że Lucek widział drobne piegi na jego nosie, cienką bliznę nad lewą brwią, sposób w jaki dolna warga była lekko pełniejsza niż górna.
Poczuł zapach jego dezodorantu – coś świeżego i leśnego, jak sosny po deszczu, zupełnie niepasującego do tej zatęchłej biblioteki. Przez chwilę zapomniał jak się oddycha.


— Lucek?
Głos Olka był bliski, ciepły, trochę rozbawiony. Lucek uświadomił sobie że wpatruje się w jego usta zamiast w wykres.
— Co? — Odchrząknął, czując jak policzki mu płoną. — Tak. Punkt przegięcia. — Wskazał palcem na wykres, unikając spojrzenia Olka, świadomy jak bardzo drży mu ręka. — Około dwunastu stopni. Potem spada drastycznie.
— Czyli musimy to uwzględnić w protokole.
— Mhm.


Olek nie odsunął się. Wciąż był nachylony nad stołem, wciąż tak blisko że Lucek czuł ciepło jego ciała, wibracje jego oddechu. Lucek wpatrywał się w wykres jakby był najważniejszą rzeczą na świecie, jakby jego życie zależało od tych linii i liczb, a nie od tego żeby nie spojrzeć w górę, nie sprawdzić czy Olek wciąż na niego patrzy.
W końcu Olek się wyprostował. Zimno po drugiej stronie stołu uderzyło Lucka jak fizyczny ból.
Cisza. Lucek słyszał wszystko – tykanie zegara na ścianie, ciężkie jak bicie serca, szmer kartek przewracanych przez kogoś trzy stoły dalej, cichy rechot dwóch dziewczyn przy wejściu, brzęczenie jarzeniówek, własny oddech zbyt szybki i zbyt płytki.


Olek odłożył długopis. Plastik stuknął o blat stołu, głośno w tej ciszy. Lucek poczuł to spojrzenie zanim je zobaczył – jak dotyk na karku, ciepły i ciężki.
Podniósł wzrok. Olek patrzył na niego z czymś w oczach, czego Lucek nie potrafił odczytać. Albo nie chciał. Albo bał się że źle zrozumie.


— Masz ochotę na przerwę? — zapytał Olek, a jego głos był dziwnie ostrożny, jakby słowa ważyły więcej niż powinny. — Moglibyśmy zrobić kawę. Albo coś zjeść.
Lucek przełknął ślinę. Gardło miał suche, język jak z waty.
— Jasne — odpowiedział, choć nie był pewien czy jest głodny, czy zmęczony, czy po prostu potrzebował przestrzeni żeby przestać myśleć o tym jak blisko siedzi Olek, jak dobrze pachnie, jak bardzo Lucek chce wyciągnąć rękę i dotknąć jego dłoni leżącej na stole.


Pakowali się w ciszy. Lucek wrzucał notes i podręczniki do plecaka, świadomy każdego ruchu Olka obok. Jak zapinał kurtkę – czarną, wyświechtaną przy rękawach, z której wystawał kawałek szarej bluzy. Jak przerzucał plecak przez ramię – mięśnie napinały się pod materiałem, widoczne nawet przez grubą tkanę. Jak czekał, aż Lucek skończy, nie spiesząc go, stojąc tak blisko że gdyby Lucek się odwrócił, zderzyliby się.
— Gotowy?
Lucek kiwnął głową, nie ufając własnemu głosowi.
Wyszli z biblioteki w bladym świetle zimowego popołudnia. Powietrze na zewnątrz było ostre, czyste, piekło w płucach po ciepłej bibliotece. Lucek wciągnął je głęboko, wdzięczny za zimno które chłodziło jego rozgrzane policzki.

Dodaj komentarz